|
Monarsze sekrety 9 pageDate: 2015-10-07; view: 438. Po trzech latach król ożenił się z Boną Sforzą, spokrewnioną z cesarzem Maksymilianem, królem Francji Franciszkiem i hiszpańskimi Aragonami. Reputacja Bony przed ślubem nie była niestety nieskazitelna, ponieważ wywodziła się ona z dość rozwiązłej rodziny. Jej ojciec Jan Galeazzo otaczał się licznymi kochankami, matka zaś, Izabela aragońska, pocieszała się między innymi z niejakim Aleksandrem Pignatelli. Syn Aleksandra, Hektor, adorował w tym czasie przyszłą królową Polski. Wraz z Boną przybyły zresztą na Wawel luźne obyczaje włoskiego renesansu, a także Colonna, kochanek jej matki, a powiadano również, że i córki. Bona patronowała potem w Krakowie "Stowarzyszeniu braci i sióstr swawolnych", do którego należał między innymi poeta i biskup Jan Dantyszek. Jego także podejrzewano o kontakty z królową. Bona urodziła Zygmuntowi syna, któremu nadano imię Zygmunt August, oraz córki: Izabelę, Zofię, Annę i Katarzynę. Izabelę wydano za mąż za królewskiego szwagra Jana Zapolyę, Zofię za Henryka, księcia Brunszwiku, a Katarzynę za Jana III, brata króla Szwecji. Najbrzydsza, Anna, pozostała w staropanieństwie przez ponad pięćdziesiąt lat, aż poślubił ją dopiero Stefan Batory. Po urodzeniu się najmłodszej córki, Katarzyny, stosunki pomiędzy małżonkami nieco ochłodły. Król dobiegał już zresztą sześćdziesiątki i wpadać począł w coraz większą dewocję. Krytycznie zapatrywał się na swobodne obyczaje renesansowego dworu i raziło go też zachowanie syna, stale uwikłanego w przeróżne miłostki. Zygmunt August, który objął tron po ojcu, żenił się trzy razy. Pierwsza i trzecia żona były siostrami i z obiema był na dodatek bardzo blisko skoligacony. Królewski stryj, Władysław, był dziadem obu jego żon. Ich ojcem był bowiem cesarz Ferdynand Habsburg, matką zaś Anna, córka Jagiellończyka. Pierwszej swej żony, Elżbiety, August nie znosił fizycznie, być może ze względu na jej epilepsję. Kiedy zatem po dwóch latach w wyniku dziewięciu kolejnych ataków padaczki umarła, odetchnął zapewne z ulgą. W tym czasie romansował z podstarzałą Włoszką Dianą di Cordona i krakowską mieszczką Weissówną. Jeszcze za życia żony związał się także z Barbarą Radziwiłłówną, wdową po wojewodzie wileńskim Gasztołdzie. Nie należała ona do kobiet cnotliwych, gdyż według Stanisława Orzechowskiego miała licznych kochanków "różnych stanów i różnych profesji: senatorów, szlachciców, biednych i bogatych, mieszczan i wieśniaków, braci klasztornych i masztalerzy". Powiadano, iż utrzymywała także stosunki ze swoim bliskim krewnym - Mikołajem Czarnym Radziwiłłem. Pomimo to Zygmunt pokochał Barbarę i kiedy owdowiał, postanowił ją poślubić. Małżeństwo królewskie wywołało wrzenie w całym państwie. Barbarę obrzucano kalumniami, a kasztelan poznański Andrzej Górka przypisywał jej trzydziestu ośmiu kochanków, nierząd i syfilis. Nazwano ją magna meretrix Lithuaniae, czyli wielką nierządnicą Litwy. Wszyscy musieli jednak przyznać, iż była kobietą nadzwyczaj piękną, a jej twarz uwieczniona podobno została na słynnym obrazie Matki Boskiej Ostrobramskiej. W kilka miesięcy po koronacji Barbary dosięgła jej śmierć. Król załamał się, ale trzeba było zabezpieczyć dynastyczne interesy. Uzyskawszy zatem odpowiednią dyspensę, ożenił się po raz trzeci ze swoją kuzynką i siostrą swej pierwszej żony - Katarzyną, wdową po Franciszku Gonzadze. Ponownie był to jednak ożenek chybiony i ponownie żona okazała się chora na epilepsję. Zygmunt otoczył się tłumem przeróżnych kochanek, które sprowadzali mu pokojowiec Kniazik i piwniczy królewski Jakub. W większości były to kochanki bezimienne, chociaż utrwaliły się w historii nazwiska kabalarki Zuzanny Orłowskiej, Anny Zajączkowskiej, a nade wszystko Barbary Giżanki, która u schyłku królewskiego życia stała się nie koronowaną królową. Pojawiła się ona na dworze dzięki misternie uknutej intrydze. Giżanka była zakonnicą w klasztorze bernardynek. Klasztor ów znajdował się nie opodal królewskiego zamku i nic przeto dziwnego, iż pewnego dnia ujrzał ją królewski pokojowiec Mikołaj Mniszech. Zapałał do niej afektem i przy pomocy dostawcy klasztornej żywności, Żyda Idzima, w przebraniu zakonnicy dostał się do klasztoru. Młoda mniszka bez specjalnych oporów została jego kochanką. Mikołaja uderzyło podobieństwo Giżanki do zmarłej królowej Barbary i postanowił podobieństwo to wykorzystać. Zasugerował królowi, że urządzi na zamku seans spirytystyczny, na którym przywołany zostanie duch Barbary. Zygmunt przystał na to bez wahania i w nocy z 7 na 8 stycznia 1569 roku seans doszedł do skutku. Uczestniczyli w nim astrologowie Proboszczowic i Gradowski oraz czarnoksiężnik Twardowski. W półmroku płonących świec pokazano królowi z daleka ucharakteryzowaną Giżankę. Wrażenie było nadzwyczaj silne. Król omdlał i trzeba było wzywać lekarza. Po pewnym czasie Mniszech zakomunikował Zygmuntowi, iż przypadkowo spotkał kobietę uderzająco podobną do wywołanej niedawno zjawy i za zgodą króla wprowadził Giżankę na dwór. Intryga osiągnęła swoje apogeum w 1571 roku, kiedy to Giżanka powiła córkę, której ojcostwo wmówiono Zygmuntowi. Wpływ królewskiej faworyty stał się tak duży, że od jej protekcji zależały nominacje na marszałka wielkiego koronnego i biskupa krakowskiego. Na dworze szarogęsili się także jej matka, szwagier Szawłowski oraz Żyd Idzim. Sytuacja stała się do tego stopnia skandaliczna, iż kilku koronnych i litewskich wielmożów postanowiło porwać Giżankę i zatrzymać ją pod kluczem aż do decyzji sejmu. Ostrzeżony o tym monarcha wyprawił ją jednak na Podlasie i wkrótce, nie bacząc na swoją chorobę, podążył jej śladem. Jak się okazało, była to już ostatnia podróż króla. Śmierć dosięgła go w Knyszynie 7 lipca 1572 roku. Zanim jeszcze zaczęła się agonia, Giżanka zainicjowała rabunek królewskiego mienia. Widok był przerażający, a naoczny świadek napisał, że "nie było nawet czym przykryć ciała ostatniego z Jagiellonów". Sejm powołał specjalną komisję do zbadania nadużyć popełnionych na dworze. Z przesłuchań świadków wyłoniła się nader wyraźnie intryga uknuta przez Mikołaja Mniszcha, zogniskowana wokół Barbary Giżanki, nazwanej przez jednego z dworzan "szlachetną nierządnicą". Pomimo ewidentnych dowodów winy cała sprawa została jednak umorzona i z czasem poszła w niepamięć. Ród Jagiellonów w swej męskiej linii schodził z areny bezpotomnie, i to w sposób uwłaczający nie tylko monarszej, ale nawet ludzkiej godności. Monarcha z legendy Najstarszy syn Władysława Jagiełły, któremu historia nadała później przydomek Warneńczyka, przyszedł na świat w siedemnaście miesięcy po ślubie siedemdziesięcioletniego monarchy z młodą, siedemnastoletnią Zofią Holszańską. Królowa była blisko spokrewniona ze swoim mężem i według Długosza "małżeństwo to niemiłe było Polakom, a królowi nachylającemu się ku starości niepotrzebne i niestosowne". Pojawiły się zresztą głosy podające w wątpliwość królewskie ojcostwo, gdyż Zofia "bardziej urodą niż cnotami była zalecana". Jagiełło na wieść o urodzinach syna uradował się jednak niezmiernie i "przez cały dzień nie wychodził z kościoła, trwając cały czas na modlitwie, dziękczynieniu Bogu i pobożnych uczynkach". Starzejący się monarcha podjął też od razu starania, aby swojemu pierworodnemu zabezpieczyć sukcesję. Sytuacja dynastyczna w Polsce nie była bowiem wcale jasna i chociaż Władysław dziedziczył władzę na Litwie, wybór go na króla Polski zależał od tutejszych możnowładców. Wśród nich brakowało wszakże jednomyślności, ponieważ niektórzy chcieli widzieć na tronie Fryderyka brandenburskiego, narzeczonego córki Jagiełły - Jadwigi. Król za cenę przywileju jedlneńskiego uzyskał wprawdzie przyrzeczenie, iż po jego śmierci korona przypadnie królewskiemu synowi, ale dopiero śmierć Jadwigi otworzyła Władysławowi drogę do tronu. Mówiono zresztą powszechnie, iż Jadwigę otruła królowa Zofia. O udział w zbrodni posądzano także Jagiełłę, który "na pogrzebie królewny nawet łzy nie uronił i najmniejszego smutku nie okazał". Władysław swój tron zawdzięczał właściwie kanclerzowi Oleśnickiemu, który go na nim ostatecznie posadził. Nie był to bynajmniej z jego strony gest bezinteresowny, ponieważ sprawował on faktycznie władzę w kraju w imieniu małoletniego króla. To Oleśnicki wplątał go zresztą w awanturę węgierską, która zakończyła się ostatecznie w sposób tragiczny. Kiedy na Węgrzech, po dwóch latach panowania, zmarł niespodziewanie zięć Zygmunta Luksemburczyka Albrecht Habsburg, kanclerz podjął starania, aby na opustoszałym tronie osadzić Władysława Jagiellończyka. Po Albrechcie pozostała wprawdzie znajdująca się w odmiennym stanie wdowa Elżbieta, ale ustalono, iż Władysław ją poślubi i połączy w jednym ręku królestwa Polski i Węgier. Młody monarcha nie śpieszył się jednak do małżeństwa ze znacznie starszą od siebie wdową, a kiedy nadeszła wiadomość, że Elżbiecie urodził się syn pogrobowiec, misterny plan Oleśnickiego stanął pod znakiem zapytania. Elżbieta wycofała się zresztą z wcześniejszych koncepcji małżeńskich i doprowadziła do koronacji swojego syna koroną wywiezioną potajemnie z Wyszehradu. Po stronie Władysława opowiedział się jednak parlament węgierski, który dążył do wprowadzenia elekcyjności tronu i przeciwstawiał się sukcesyjnym roszczeniom królowej-wdowy. Przy pomocy stronnictwa sejmowego Jagiellończyk zdołał opanować Budę i wkrótce też odbył się akt jego koronacji. Wobec braku insygniów, wywiezionych przez Elżbietę, użyto do niego korony zdjętej z relikwiarza świętego Stefana. Koronację poparł zresztą legat papieski Julian Cesarini, pod warunkiem wszakże, iż nowy król zaangażuje się w utworzenie ligi antytureckiej. Wojska węgierskie odniosły początkowo kilka spektakularnych sukcesów i zmusiły Turków do podjęcia rokowań pokojowych. W wyniku tych rokowań podpisany został traktat, który obowiązywać miał przez najbliższe dziesięć lat. Król traktat zaprzysiągł, ale pod namową Cesariniego zerwał go jednostronnie i zdecydował się na podjęcie nowej wyprawy, która zakończyć się miała katastrofą. Zawiodła przyobiecana flota wenecka, a armia węgierska, mimo iż dowodził nią jeden z wybitniejszych wodzów ówczesnej epoki, nieślubny syn Zygmunta Luksemburczyka, Jan Hunyadi, popełniła sporo błędów. Na polach Warny, gdzie doszło do walnego starcia, lekkomyślny Władysław poległ podczas ataku na ufortyfikowane pozycje janczarów. Zabił go Turek imieniem Kodża Khizr, który obciął mu głowę i obnosił ją po pobojowisku wołając: "ta głowa jest głową króla". Odesłano ją potem do Brussy, stolicy otomańskiego państwa. Ciała Warneńczyka nigdy nie znaleziono, co stało się powodem do spekulacji, iż monarcha uniknął śmierci i uszedł cało z pola bitwy. Pogłoski te zdawał się potwierdzać fakt, że głowa królewska, którą w Brussie oglądał wysłannik floty weneckiej, miała jasne włosy, podczas gdy wszyscy wiedzieli, że zaginiony król był brunetem. Przysięgano więc, że Władysława widziano później w różnych miejscach: w Konstantynopolu, w Wenecji, na Wołoszczyźnie, w Siedmiogrodzie, w Albanii, w Raszce. Przemierzał on podobno konno cały kontynent europejski i skrzykiwał rycerstwo na nową wyprawę przeciwko Turkom. Pojawiły się także opowieści, że król ocalał wprawdzie z pogromu, ale pokutuje za zerwane przez siebie układy i oddaje się ascezie w klasztorze na Maderze. Tam właśnie spotkał go podobno Mikołaj Floris. Lew z Rożmitalu opowiadał natomiast, iż widział Warneńczyka w jednym z klasztorów portugalskich. W starym pustelniku rozpoznał króla po sześciu palcach u stopy. Sześć palców stanowiło jednak w polskiej historii stały znak rozpoznawczy, gdyż na ich podstawie księżna Anna zidentyfikowała także ciało Henryka Pobożnego na pobojowisku legnickim. Wiara w cudowne ocalenie młodego monarchy była tak powszechna, iż Kazimierz Jagiellończyk zwlekał ze swoją koronacją, czekając na powrót brata. Nie należy się zatem dziwić, że pojawiać się poczęli różni pseudo--Warneńczycy, podający się za zaginionego króla. Pierwszy z nich ujawnił się w czeskiej miejscowości Stadice i "chociaż przybywało do niego wielu szlachty, rycerzy i prostych ludzi ze wszystkich stron", okazało się, iż był to człowiek niespełna rozumu, który raz podawał się za Warneńczyka, innym znów razem za króla Artura. Inny oszust pojawił się w Nadrenii, skąd przybył później do polskiego Międzyrzecza. Poprzedzała go wielka sława, skoro książę Henryk głogowski dopatrzył się w nim zaginionego króla. Oszusta jednak zdemaskowano, gdyż począł on plątać się w swoich zeznaniach i podawać się także za księcia Ostrogskiego oraz Leona, siostrzeńca Anny mazowieckiej. Okazało się, iż był nim notoryczny włóczęga, Jan z Wilczyny koło Ryczywołu. Najbardziej znanym pseudo-Warneńczykiem stał się jednak królewski dworzanin Mikołaj Rychlik z Krukienic. Rodzina Rychlików była ruskiego pochodzenia i wywodził się z niej prawosławny biskup Przemyśla - Eliasz. Mikołaj wstąpił na służbę królewską jeszcze za czasów Władysława Jagiełły. Służył potem jego synowi Władysławowi i razem z nim udał się na Węgry. Uczestniczył prawdopodobnie w bitwie pod Warną i dostał się do niewoli tureckiej. W niewoli zachorował zapewne psychicznie i uwierzył, iż jest królem Władysławem. Kiedy darowano mu wolność, powrócił do Polski i zaczął rozgłaszać, że jest zaginionym monarchą, chociaż był od niego o kilkanaście lat starszy. Zdemaskowano go w Poznaniu, gdzie rozpoznał go arcybiskup gnieźnieński Jan Sprowski, który u Rychlika pożyczał niegdyś w Budzie pieniądze. Dworzanina aresztowano i miał on być stracony na szafocie, ale decyzja ta wywołała zamieszki wśród pospólstwa, które uwierzyło, że do kraju powrócił sprawiedliwy monarcha, gotów ulżyć poddanym w ich ciężkim życiu. O wydarzeniach tych pisał między innymi Paweł z Pragi: "Polaczek jeden, wtedy jak Władysław pod Warną zginął, imieniem Rychlik, udawał się za króla polskiego, jakby się po upłynnieniu lat piętnastu zjawił i pokazał w Poznaniu, oświadczając, że jest królem. Ale pan wojewoda Łukasz Górka poznał wnet, że to nie król, ale łgarz, i chciał go stracić, lecz panowie tegoż kraju nie dopuścili do tego, lecz odłożyli to na roki walne królewskie. Potem nastąpił sejm, a gdy królowa stara zaparła się, że to jej syn, kazano mu zatem zrobić koronę papierową, stać w niej pod pręgierzem i dwa razy w dzień smagać rózgami, a potem chowali go w więzieniu, poczciwie aż do śmierci, aby nikt o nich nie mówił, że króla swego umęczyli". Mimo iż oszustwo Rychlika zostało udowodnione, prosty lud nadal nie wierzył w śmierć swojego monarchy. Wszedł on na stałe do eposu ludowego jako obrońca chrześcijaństwa przed Turkami, a Lope de Vega uczynił z niego bohatera swego dramatu "Król bez królestwa". Władysława uznano za człowieka, który chciał zjednoczyć Słowiańszczyznę i głosił hasła panslawistyczne. Z tego też zapewne powodu car Mikołaj I zamierzał mu nawet wystawić pomnik, odlany z armat zdobytych w wojnie tureckiej. Warneńczyk jest typowym przykładem człowieka-legendy, który stał się sławny przez swoją śmierć, a nie przez swoje życie. Bezwolny i lekkomyślny monarcha wykreowany został na międzynarodowego bohatera, obrońcę wiary i rycerza bez skazy. Zaskakująca kanonizacja Kościół wyniósł na swoje ołtarze olbrzymią liczbę świętych. Zdecydowany prym wiodą wśród nich osoby duchowne, różnego rodzaju męczennicy, asceci, bracia zakonni, biskupi i kapłani, nie mówiąc już o papieżach, z których blisko dziewięćdziesięciu doświadczyło łaski świętości. Wśród świętych i błogosławionych zaledwie dziesięć procent wywodzi się natomiast z rodzin królewskich i książęcych i jest to wielkość niemal dokładnie odpowiadająca liczbie świętych dziewic, które dla chwały Bożej odmówiły sobie macierzyństwa. Najwięcej panujących, bo aż dziewięciu królów i osiem królowych, oddała Kościołowi Anglia. Świętością odznaczało się także kilkoro monarchów i monarchiń niemieckich, francuskich i węgierskich. Rzecz ciekawa, iż w średniowieczu świętość miała charakter rodzinny i święci wchodzili często ze sobą w przeróżne koligacje. Błogosławiona Gizela, siostra świętego cesarza Henryka II, poślubiła na przykład świętego króla Węgier Stefana i miała z nim świętego syna Emeryka. Błogosławiona Izabela była córką świętej Blanki kastylijskiej i siostrą świętego króla Francji Ludwika IX, a także kuzynką świętego króla Hiszpanii Ferdynanda. Błogosławiona Jolenta była siostrą błogosławionej Kingi i świętej Małgorzaty, siostrzenicą świętej Elżbiety i szwagierką błogosławionej Salomei i błogosławionego Bolesława. Przykłady można byłoby mnożyć w nieskończoność. Monarchów kanonizowano zwykle za wprowadzenie chrześcijaństwa (Wacław czeski, Etelbert angielski, Włodzimierz ruski, Olaf duński, Stefan węgierski, Eryk szwedzki, Borys bułgarski, Konstantyn szkocki), za bohaterską śmierć (Kanut duński), szczodrobliwość dla Kościoła (Władysław węgierski) lub za walkę z poganami (Ferdynand hiszpański, Ludwik francuski). Król Francji Ludwik IX był zresztą ostatnim monarchą wyniesionym na ołtarze. Kanonizowano go w 1297 roku, w dwadzieścia siedem lat po jego śmierci. Królowe i księżniczki źródeł swej świętości szukały zazwyczaj w pobożności, ascezie, a nade wszystko w dziewictwie. Wstrzemięźliwość płciowa u mężczyzn odgrywała rolę zdecydowanie mniejszą, chociaż dzięki niej trafili na ołtarze cesarz Henryk II, królewicz węgierski Emeryk, król Anglii Edward oraz jedyny święty jagielloński - Kazimierz. Historia świętości Kazimierza jest jednak dość niejasna i nasuwać może wiele wątpliwości. Ambicją każdej dynastii królewskiej było posiadanie przynajmniej jednego świętego. Świadczył on bowiem o łaskach, jakie Bóg przelewał na panujących, oraz o tym, iż sprawowana władza rzeczywiście pochodzi od Boga. Prawa do świętości nie mogli sobie także odmówić Jagiellonowie, tym bardziej iż byli byli oni dynastią neoficką, która chrzest przyjęła dopiero w XIV wieku. Na miano świętego nie zdołał niestety zasłużyć jej protoplasta Władysław Jagiełło, uwikłany w spory z zakonem rycerzy Najświętszej Marii Panny, a także jego syn Władysław, który poległ wprawdzie za wiarę, ale koncyliaryzm, nepotyzm i nieustanne detronizacje papieskie nie sprzyjały wówczas wszczęciu procesu kanonizacyjnego. Brat Warneńczyka, Kazimierz Jagiellończyk, postanowił przeto do sprawy podejść w sposób metodyczny i spośród swoich licznych synów do świętości przeznaczył królewicza Fryderyka, który został wkrótce biskupem i kardynałem. Świętości nie zdobywa się wszakże na zamówienie. Fryderyk był duchownym o nader wybujałym temperamencie, otaczał się licznymi konkubinami i w końcu zaraził się syfilisem. Choroba ta stała się zresztą przyczyną jego zgonu. Fakt ten, nagłośniony przez kronikarzy, zdyskredytował go oczywiście jako kandydata na świętego. Najmłodszy z synów Kazimierza Jagiellończyka, Zygmunt Stary, postanowił zatem nimbem świętości otoczyć innego swego brata, Kazimierza, który umarł w roku 1484. Śmierć ta nastąpiła jeszcze przed wielką epidemią kiły i nie można było twierdzić, iż królewicz padł ofiarą francuskiej choroby. Jako przyczynę jego zgonu podano gruźlicę, chociaż w rodzinie Jagiellonów nigdy przedtem ani potem ona nie występowała. Kazimierz był drugim po Władysławie synem Jagiellończyka i ojciec wiązał z nim poważne plany polityczne. Otrzymał staranne wykształcenie, a wśród jego nauczycieli wymienić należy Jana Długosza i Kallimacha. Długosz pisał o nim, że "był to młodzieniec szlachetny, rzadkiej zdolności, godnego pamięci rozumu". Nic też dziwnego, iż mając zaledwie lat piętnaście zadziwił posła weneckiego Ambrożego Contarini swoją uczoną mową, którą wygłosił do niego po łacinie. Król polski, pragnący stworzyć europejską monarchię Jagiellonów, przeznaczył go na tron węgierski, chociaż powszechnie uważano, że "raczej powinno zachować się go dla ojczystej ziemi, niż oddawać obcym". Kiedy zatem na Węgrzech wybuchło powstanie skierowane przeciwko Maciejowi Korwinowi, Kazimierz na czele dwunastu tysięcy żołnierzy udał się do Budy, licząc, iż zdobędzie tam tron dla siebie. Nie uzyskawszy wszakże poparcia ze strony węgierskich magnatów, powrócił do Polski z niczym. Jagiellończyk uczynił go zatem swoim następcą i zaplanował jego małżeństwo z córką cesarza Fryderyka III. Kiedy król wyjechał na Litwę, Kazimierz przez dwa lata sprawował w jego imieniu rządy w królestwie. Opinia hagiografa Jakuba Caro, że po powrocie z Budy załamał się psychicznie i poświęcił ascezie, mija się całkowicie z prawdą. W 1483 roku ojciec wezwał go na Litwę, ale Kazimierz nie zdążył tam niestety dojechać. Złożony chorobą, niespodziewanie dla wszystkich, zmarł w Grodnie w wieku zaledwie dwudziestu sześciu lat. W życiu Kazimierza nie było zatem nic nadzwyczajnego i nic świętego. Nie odbiegało ono od życia innych królewskich synów, przeznaczonych do objęcia sukcesji. Pomimo to jako jedyny Jagiellończyk trafił na ołtarze. Jego młodszy brat Zygmunt, w trzydzieści pięć lat po niespodziewanej śmierci Kazimierza, wystąpił do Rzymu z prośbą o jego kanonizację. Stosunki Polski z Watykanem układały się wówczas nad wyraz poprawnie i papież wysłał swego legata Zachariasza Ferrieri z poleceniem, aby przeprowadził on na miejscu proces kanonizacyjny. Ferrieri proces ten po prostu sprokurował. Nie można wykluczyć, iż kryły się za tym pieniądze Zygmunta Starego. To legat papieski napisał bowiem życiorys króle- wicza, ułożył hymn łaciński ku jego czci oraz odpowiednie teksty liturgiczne.
|