Студопедия
rus | ua | other

Home Random lecture






Monarsze sekrety 10 page


Date: 2015-10-07; view: 400.


Już w rok później papież Leon X wydał bullę kanonizacyjną, którą wręczył przebywającemu w Rzymie biskupowi płockiemu Erazmowi Ciołkowi. Bulla ta nie dotarła jednak do Polski, gdyż Ciołek zmarł podczas panującej we Włoszech zarazy i dokumenty zaginęły. Do ich odtworzenia przystąpił dopiero Zygmunt III Waza. Na jego prośbę papież Klemens VIII, na podstawie watykańskiego odpisu, odtworzył bullę kanonizacyjną i w 1602 roku Kazimierza ogłoszono oficjalnie świętym.

Koronnym argumentem w procesie kanonizacyjnym stał się rze-komy ślub dozgonnej czystości, chociaż to wyłącznie przedwczesna śmierć stanęła na przeszkodzie zawarciu planowanego wcześniej małżeństwa. Pisano także, że kiedy po stu dwudziestu latach otwarto jego grób w katedrze wileńskiej, ciało było nienaruszone, a obok głowy spoczywał pergamin z hymnem ku czci Marii Panny, którego autorstwo przypisywano świętemu Bernardowi.

Uroczystości kanonizacyjne celebrował biskup wileński Benedykt Woyno. Relikwie świętego przeniesiono do nowej kaplicy oraz poświęcono kamień węgielny pod kościół, który odtąd nosić miał jego imię.

Święty Kazimierz był jednym z nielicznych przedstawicieli rodów królewskich, którzy trafili na ołtarze w wieku XVI, jako że renesans świętości na ogół nie sprzyjał. Współczesna Jagiellończykowi Joanna de Valois, córka Ludwika XI, która założyła zakon annuncjatek i pędziła w nim bogobojne i ascetyczne życie, na swoją kanonizację musiała czekać aż do 1950 roku.

Pośpiech towarzyszący wyniesieniu na ołtarze Kazimierza jest zatem co najmniej zastanawiający, tym bardziej iż jego życiu nie towarzyszyły żadne cuda. Litwa otrzymała jednak swojego chrześcijańskiego patrona, a dynastia Jagiellonów mogła odtąd szczycić się ewidentną łaską, jaką okazał jej Bóg, przyjmując jednego z nich w poczet swoich świętych. Była to chyba świętość nieco protekcyjna, której do dzisiaj nie jesteśmy w stanie do końca zrozumieć.

Beata Kościelecka z Jagiellonów

Beata, która nosiła nazwisko Kościelecka, była owocem krótkotrwałego powrotu Zygmunta Starego do swojej dawnej kochanki Katarzyny, którą wcześniej wydał za podskarbiego koronnego. Katarzyna nie była nigdy wierną żoną ani kochanką i wśród jej licznych zalotników wymieniano między innymi Tomickiego i Szydłowieckiego, ale nie ulegało dla nikogo żadnej wątpliwości, że ojcem Beaty jest król Zygmunt. Cechowały ją zawsze jagielloński upór i jagiellońska duma. Szczególnie wyróżniały ją jednak spośród innych monarszych córek uroda oraz cięty dowcip. Otaczał ją zawsze cały tłum wielbicieli, wśród których niepoślednią rolę odgrywał poeta renesansowy i prymas Polski Andrzej Krzycki. To on pisał o niej w jednym ze swoich wierszy: "O Beato, tak bogato w rzadkie wdzięki zdobna".

Beata umiała także zjednywać sobie ludzi, gdyż pozyskała nawet przychylność królowej Bony, która przyjęła ją do swego fraucymeru.

W przeciwieństwie do matki, Katarzyny, nie nęciły jej łatwe miłostki. Dotrwała w panieństwie aż do dwudziestego czwartego roku życia, kiedy to na dworze pojawił się książę Ilia Ostrogski, syn hetmana wielkiego litewskiego i wojewody trockiego. Stanowił on jedną z najświetniejszych partii małżeńskich w Rzeczypospolitej i swatano go zarówno z Anną Radziwiłłówną, jak i jej siostrą Barbarą, późniejszą królową Polski. Ilia obie te propozycje odrzucił i począł zabiegać o względy pięknej Beaty.

Ich ślub odbył się na Wawelu w lutym 1539 roku. W pół roku później Ilia już nie żył. Szeroko komentowano tę niespodziewaną śmierć, którą powszechnie przypisywano truciźnie. Wśród podejrzanych najczęściej wymieniano przyrodniego brata, Wasyla.

Ilia umierając cały swój olbrzymi majątek zapisał żonie, którą zostawił w odmiennym stanie. W kilka miesięcy później urodziła ona córkę Elżbietę, zwaną powszechnie Halszką. Halszka stała się jedyną spadkobierczynią bajecznej fortuny Ostrogskich.

Kiedy ukończyła lat dwanaście, przekraczając kanoniczny próg zezwalający na zawarcie małżeństwa, do Ostroga poczęli zjeżdżać się konkurenci nie tyle do jej ręki, ile do jej majątku. Beata jednak wszystkim odmawiała. Sama zarządzała całym majątkiem, a że była kobietą energiczną i zapobiegliwą, majątek uległ pomnożeniu. Nieustannie procesowała się także z Wasylem, który wciąż upominał się o spadek po bracie.

Pewnego dnia w Ostrogu pojawił się jednak przystojny książę Dymitr Sanguszko, syn marszałka ziemi wołyńskiej. Posiadał on europejskie maniery i opromieniała go sława wielkiego rycerza. Zawrócił bez trudu w głowie nie tylko Halszce, ale także jej czterdziestoletniej matce, która gotowa była nawet zerwać dla niego ze swoim wdowieństwem. Książę nie zamierzał bynajmniej łączyć się z podstarzałą wdową i poprosił ją o rękę córki. Urażona Beata odmówiła, ale Dymitr wszedł w porozumienie z Wasylem i przy jego pomocy porwał dziewczynę z domu i pośpiesznie ją poślubił. Beata wniosła skargę do króla. Zygmunt August, który nie lubił swojej przyrodniej siostry, pod naciskiem magnatów oburzonych tym, iż Sanguszko zagarnął całą fortunę Ostrogskich, oddał go pod sąd.

Dymitr oczywiście przed sądem nie stanął, ale zaocznie skazany został na utratę gardła i czci. Młoda para, zmuszona do ucieczki z Polski, bez zwłoki udała się na Słowację. Nie zważając na to, wyruszyła za nimi pogoń, prowadzona przez Janusza i Jędrzeja Kościeleckich, Łukasza i Andrzeja Górków oraz Marcina Zborowskiego. Zbiegów dopadnięto w Lysach. Dymitr został pojmany, pobity, zakuty w łańcuchy i zaprowadzony do Jaromierza. Tam, na rozkaz Zborowskiego, wykonano na nim wyrok śmierci.

Poranione zwłoki leżały przez kilka dni na gnoju, aż miejscowy wójt kazał je pochować w tamtejszym kościele. Na płycie nagrobnej, ozdobionej litewską Pogonią, umieszczono charakterystyczny napis: "Tu leży książę Dymitr Sanguszko, starosta czerkaski i kaniowski, z rodu wielkich książąt litewskich olgierdowych, którego zamordował i zabił nieszlachetny mąż Marcin Zborowski, nie mając ku temu żadnej przyczyny".

Beata oczywiście tryumfowała, chociaż jej tryumf okazał się przedwczesny. Zygmunt August, pragnąc zjednać dla swej polityki protestantów, zadecydował, że Halszka poślubi protestanckiego przywódcę Łukasza Górkę, który był wśród morderców jej męża. Nie pytano o zgodę ani samej zainteresowanej, ani też jej matki, i w obecności króla pięćdziesięcioletni wojewoda poznański poślubił piętnastoletnią wdowę.

Matka, oburzona tym faktem, porwała swą córkę i wywiozła ją do Lwowa, gdzie schroniły się w klasztorze dominikanów. Wydawało się, iż wszyscy o nich zapomnieli, gdyż minęło kilka lat, w czasie których król zajęty był innymi obowiązkami i nie interesował się losem swojej przyrodniej siostry i siostrzenicy. Kiedy jednak zdenerwowany przedłużającym się oczekiwaniem Łukasz Górka począł naciskać monarchę, ten wydał staroście lwowskiemu rozkaz, aby odebrał Halszkę matce i zwrócił ją mężowi. Wobec stanowczego oporu Beaty misja starosty zakończyła się jednak niepowodzeniem. W tej sytuacji Górka postanowił zabrać żonę przy użyciu siły i wraz ze swoimi braćmi najechał zbrojnie Lwów. Rozpoczęło się formalne oblężenie klasztoru, użyto nawet armat.

Księżna Beata, zdając sobie sprawę, iż opór zakonników nie potrwa długo, oddała swoją córkę staremu księciu Symeonowi Słuckiemu, nie bacząc na to, iż zawiera ona bigamiczne małżeństwo. Ślubu udzielił sowicie opłacony zakonnik.

Kiedy klasztor został w końcu zdobyty, Górka zabrał Halszkę do Szamotuł, a Beata cały posag córki zapisała Symeonowi Słuckiemu.

Rozpoczęła się potem ożywiona gra dyplomatyczna, polegająca na wymianie listów i wnoszeniu wzajemnych skarg. Do gry tej wciągnięty także został prymas Polski, który zupełnie nie wiedział, co ma począć w tej niezwyczajnej sytuacji. Z pomocą pośpieszyła mu jednak Opatrzność, gdyż Słucki umarł w niespełna rok po swoim ślubie. Sprawa wyklarowała się, ale Górka, napotkawszy opór Halszki, kazał ją zamknąć w zamkowej wieży.

Mniej więcej w tym samym czasie Beata popełniła największe głupstwo swojego życia. Mając pięćdziesiąt lat zakochała się w młodszym od siebie o lat dwadzieścia wojewodzie sieradzkim Olbrachcie Łaskim. Był to człowiek postawny i niezwykle przystojny, ale zżerała go chorobliwa ambicja. Myślał nawet o tym, aby po śmierci ostatniego Jagiellona zagarnąć dla siebie koronę królewską. Być może, iż to miraż korony skłonił Beatę do małżeństwa. Kiedy po ślubie zapisała mu swoje dobra i swoje pieniądze, Łaski wywiózł ją do swego zamku w Kieżmarku, który stał się dla niej prawdziwym więzieniem. Przeżyła w nim dwanaście lat. Nikt nie interesował się jej losem i o byłej księżniczce Ostrogskiej po prostu zapomniano. Zmarła w 1574 roku i została pochowana w zamkowej kaplicy.

Zapomniano także o jej córce Halszce, która czternaście lat zamknięta była w zamkowej wieży. Wolność odzyskała dopiero na rok przed śmiercią matki, kiedy to niespodziewanie Łukasz Górka wyzionął ducha. Trzykrotną wdowę nadal opromieniała swym blaskiem fortuna Ostrogskich i natychmiast pojawił się przystojny Jan Ostroróg, który począł zabiegać o rękę nieszczęsnej. Ostrogscy nie zamierzali jednak wyzbywać się swego majątku. Halszka została zabrana do Dubna, gdzie w stanie skrajnej melancholii zapisała swoje bogactwa stryjowi Wasylowi.

Przez blisko dziesięć lat obłąkana kobieta snuła się potem po korytarzach zamku i nie reagowała zupełnie na to, co się wokół niej działo. Zmarła w 1582 roku, a kronikarz Orzelski napisał, iż "fortuna pełny kielich goryczy wylała na tę niewiastę. Nie doznała ona ani chwili szczęścia".

Los obszedł się z córkami Zygmunta Starego dziwnie niesprawiedliwie. Najpiękniejsza i najinteligentniejsza Beata zmarła jako więzień własnego męża, łamiąc przy tym życie swojej córce, najbrzydsza zaś i najgłupsza Anna, która nigdy dzieci nie miała, zasiadła w końcu na jagiellońskim tronie obok Stefana Batorego.

Królewski przymiot

Król Francji Karol VIII na czele trzydziestotysięcznej armii najemników we wrześniu 1494 roku wkroczył do Italii, aby odzyskać andegaweńską sukcesję w Neapolu. Miasto poddało się bez jednego wystrzału, a jego tysiącosobowy garnizon przeszedł na stronę Francuzów. Wojska Karola przebywały w mieście osiemdziesiąt dni, lecz było to osiemdziesiąt dni Sodomy. Ucztowano, pito, ale nade wszystko pławiono się w rozpuście.

W niespełna trzy miesiące później całe Włochy ogarnęła tajemnicza choroba. Ludzie zapadali na schorzenie podobne do trądu, które jednak, ze względu na swój gwałtowny przebieg, trądem nie było. Zaczynało się ono na narządach płciowych w postaci twardych guzków, wywołujących swędzenie. Później na całym ciele pojawiała się wysypka, podobna do wysypki ospowej, która zmieniała się w cuchnące wrzody. Chorzy cierpieli na bezsenność, przygnębienie, a także na bóle ramion, nóg i stóp. Z biegiem czasu ciało poczynało gnić, a skóra zamieniała się w rodzaj lepkiej, obrzydliwej gumy. Ludziom odpadały dłonie, nos, uszy. Często pojawiał się paraliż powodujący śmierć.

Ta straszna i nieznana choroba, której związek z aktem płciowym nie podlegał żadnej dyskusji, rozprzestrzeniała się nadzwyczaj prędko, przypominając w tym względzie epidemię dżumy z połowy XIV wieku. W 1495 roku objęła Włochy, Francję i Niemcy, w 1496 dotarła do Anglii i Szkocji, w 1497 do Polski, w 1498 na Węgry, w 1499 do Rosji i Turcji. Przesuwała się wyraźnie z zachodu na wschód, zmieniając po drodze swoją nazwę. Najpierw określano ją jako chorobę neapolitańską, później francuską, niemiecką, polską. Oblicza się, że w początkach XVI wieku zachorowała na nią blisko piąta część mieszkańców Europy. Nieco później nazwano ją przymiotem, syfilisem lub kiłą.

Strach przed nieznaną chorobą był tak wielki, iż uciekano przed nią w lasy, izolowano chorych w odosobnionych miejscach, piętnowano rozpalonym żelazem tych, którzy nie chcieli poddać się sanitarnym nakazom. Przeciwko umieszczaniu chorych na przymiot w leprozoriach protestowali nawet trędowaci, traktujący nowe schorzenie jako coś znacznie gorszego od trądu.

Medycyna ówczesna była całkowicie bezradna i początkowo posługiwała się wyłącznie modlitwą do świętego Dionizego: "Uwolnij mnie od tej opłakanej niemocy, o święty Dionizy bardzo łaskawy". Około 1520 roku gwałtowność choroby poczęła jednak wygasać, być może na skutek interwencji świętego, a może na skutek zastosowania nacierań rtęciowych.

Schorzenie przechodziło w stan utajony, aby po dziesięciu, a czasem nawet po dwudziestu latach odżywać na nowo. Przenosić się także poczęło na potomstwo, niszcząc je zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Gwałtownie wzrosła śmiertelność dzieci.

Zrodziło się pytanie, skąd wzięła się ta choroba i dlaczego wybuchła właśnie pod koniec XV wieku. Najpierw łączono ją z niekorzystną koniunkcją gwiazd, później uznano za złośliwą modyfikację średniowiecznego trądu, na koniec zaś pojawiła się teza, że przywleczono ją z Ameryki na okrętach Kolumba. W Ameryce przymiot znany był w istocie od dawna, ale nigdy nie przybierał tam postaci epidemicznej. Powrócono zatem do Europy i tutaj szukano źródeł schorzenia.

Dopatrywano się kiły w opisach biblijnych u Hioba, Dawida, Salomona, w sumeryjskim poemacie o Gilgameszu, w papirusie Ebersa, w relacjach Pawła z Eginy i Pliniusza Młodszego. Twierdzono, że skrzyżowanie przymiotu amerykańskiego z europejskim wzmogło jego aktywność i spowodowało wybuch epidemii. Były to jednak tylko domysły i spór pozostawał nadal otwarty.

Nie ulega wszakże wątpliwości, iż kiła szerzyła się w Europie już w czasach przedkolumbijskich, chociaż nie różnicowano jej z trądem, określając je wspólną nazwą "lepra". Opisy choroby kantora Janusza z 1372 roku i biskupa Mikołaja z Kórnika z 1382 roku, które przytacza Jan Długosz w swoich Rocznikach, zdają się niedwuznacznie wskazywać na przymiot.

Choroba ta była z całą pewnością rozpowszechniona w wieku XIV w rodzinie Andegawenów neapolitańskich, z których wywodził się król Węgier Ludwik. Cechą charakterystyczną Andegawenów było bowiem nader prędkie wymieranie całych linii dynastycznych. Można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, iż król Ludwik był zarażony syfilisem, ponieważ ostatnie lata swojego życia spędził w odosobnieniu w klasztorze, a kronikarz pisał, iż chorował wtedy na leprę. Nie chodzi tu zapewne o trąd, który poczynał już w Europie wygasać.

Schorzenie Ludwika było zapewne schorzeniem dziedzicznym, przekazanym mu przez ojca, Karola Roberta, który także pod koniec życia nie opuszczał komnat zamkowych. Wydaje się, że Karola Roberta zaraziła jego druga żona Beatrycze luksemburska w 1317 roku, ponieważ jego nieślubny syn, urodzony przed tą datą, dożył lat sześćdziesięciu, podczas kiedy następne dzieci, z wyjątkiem Ludwika, umierały w bardzo młodym wieku. Młodo i bezpotomnie zmarły także córki Ludwika: Katarzyna, Maria i Jadwiga. Być może, iż to właśnie przymiot był skutkiem przekleństwa wielkiego mistrza templariuszy, które z wyżyn płonącego stosu rzucał na ród Kapetyngów, Andegawenów i Walezjuszy.

Syfilis stał się także rodzinnym schorzeniem Jagiellonów. Nie był on wprawdzie w tej dynastii chorobą dziedziczną, ponieważ pojawił się dopiero w trzecim pokoleniu, wśród synów Kazimierza Jagiellończyka.

Jako pierwszy zaraził się Jan Olbracht. Nastąpiło to prawdopodobnie w 1497 roku w Krakowie, gdzie według Macieja z Miechowa "niewiasta jedna z odpustu rzymskiego do Krakowa za upominek przyniosła, która niemoc w Polszcze jako osobliwa plaga Boża za wszeteczeństwem ludzi swawolnych prędko się rozniosła, zwłaszcza u tych, którzy radzi wino, a takież i inne trunki piją, a niewiast przyglądają". Olbracht prędko zdał sobie sprawę ze swojej choroby, ponieważ ustatkował się i przystąpił do porządkowania spraw państwowych. Śmierć dosięgła go jednak w czterdziestym pierwszym roku życia.

W dwa lata później "długą niemocą francuską zemdlony" zmarł w wieku trzydziestu pięciu lat jego młodszy brat Fryderyk, arcybiskup gnieźnieński i kardynał. Książę biskup nie był człowiekiem nazbyt świątobliwym i lubił sobie folgować w towarzystwie wesołych niewiast.

Na przymiot zachorował także następca Olbrachta, Aleksander. Małżeństwo Aleksandra i Heleny, księżniczki ruskiej, uważane było za zgodne i szczęśliwe, trudno jest zatem określić, gdzie i w jaki sposób nastąpiło zarażenie syfilisem. Aleksander, podobnie jak i jego starszy brat, czuł zbliżającą się śmierć. Spytka, kasztelana krakowskiego, mianował wiceregentem w Królestwie, a sam udał się do ukochanego Wilna, aby tam skonać. Umarł bezpotomnie w wieku czterdziestu pięciu lat.

Młodo, bo zaledwie w wieku dwudziestu sześciu lat, zmarł także czwarty Jagiellończyk, Kazimierz, uznany później za świętego. Śmierć Kazimierza nastąpiła jeszcze przed wielką epidemią kiły i za przyczynę jego zgonu uważa się gruźlicę. Jest to jednak teza dość problematyczna, ponieważ nikt z Jagiellonów na gruźlicę nie chorował.

Przymiot odżył także w czwartym pokoleniu, a stało się to prawdopodobnie za sprawą Barbary Radziwiłłówny, żony Zygmunta Augusta.

Barbara poślubiając Zygmunta była już prawdopodobnie chora, ponieważ współczesny jej kronikarz Stanisław Orzechowski pisał, że "zdradliwa męczyła ją choroba i wielka jej część nadgniła, a gdy już poczęła cuchnąć i wszyscy oprócz króla mierzili się chorą, w zamku krakowskim wielkością choroby ścieśniona, w samo południe umarła". O ile informacja ta jest prawdziwa, schorzenie owo przypomina bardziej przymiot niźli raka narządów rodnych, którego niektórzy historycy skłonni byli dopatrywać się u królowej.

Barbara zaraziła prawdopodobnie króla Zygmunta Augusta, ponieważ zdrowie jego pogorszyło się gwałtownie. Spotęgowały się u niego bóle w kończynach oraz trawiła go uporczywa bezsenność. Wzorem swych stryjów chorych na syfilis nie miał on także potomstwa, ponieważ jego rzekoma córka, którą urodziła Giżanka, była zwykłą mistyfikacją. Zmarł także młodo, w wieku pięćdziesięciu dwóch lat.

Dynastia jagiellońska ostała się tylko w linii żeńskiej - brandenburskiej i szwedzkiej. Jedynie królewna Anna, której stuknęło już pięćdziesiąt lat, czekała nadal w stanie panieńskim na swego przyszłego męża, nie będąc wszakże w stanie zapewnić mu następcy tronu. Za kandydata przydano jej Henryka Walezjusza, którego nie zdążyła jednak poślubić. Być może tym sposobem ominęła ją choroba, ponieważ w rodzinie Walezjuszy przymiot był także na porządku dziennym i zmarli nań dziadowie Henryka, Franciszek I i Wawrzyniec Medyceusz.

Przymiot odżył jeszcze w szwedzkiej linii Jagiellonów, która pod nazwiskiem Wazów zasiadła na tronie polskim. Obaj synowie Zygmunta III nie pozostawili po sobie potomstwa, ponieważ syn Władysława IV Zygmunt Kazimierz zmarł w dzieciństwie, a pozostałe jego dzieci, jak również dzieci jego brata, Jana Kazimierza, umierały w niemowlęctwie. Nie możnz wykluczyć, iż Władysława IV i Jana Kazimierza zaraziła Maria Ludwika Gonzaga, która była żoną obu braci. Królowa miała mocno urozmaiconą przeszłość i któryś z jej licznych kochanków podarował jej zapewne francuską chorobę. Zgony Władysława, Marii Ludwiki i Jana Kazimierza były zresztą nader do siebie podobne, a ich symptomy przypominały śmierć Jana Olbrachta i Aleksandra.

Sześciu synów Kazimierza Jagiellończyka nie zapewniło dynastii jagiellońskiej długiego żywota, mimo iż trzech z nich zasiadało na tronie polskim. Zeszła ona z areny już w następnym pokoleniu. Stało się tak za sprawą przymiotu, który był przekleństwem tej dynastii.

Protektorzy nauk tajemnych

Człowieka intrygowały zawsze nauki tajemne. Wprawdzie Kościół ustosunkowywał się do nich krytycznie i poddawał pod osąd inkwizycji, ale pomimo to astrologią i alchemią zajmowali się biskup Albert Wielki, papieski lekarz Villanova, a nawet sam papież Sylwester II, którego podejrzewano o konszachty z diabłem. Entuzjastami magii byli także cesarz Rudolf II, królowa Francji Katarzyna Medycejska i królowa Anglii Elżbieta. Czary odprawiano również na dworach jagiellońskich.

U schyłku średniowiecza wykształciło się pojęcie wiedzy uniwersalnej, która stanowiła sumę wszystkich nauk szczegółowych. Wiedzę tę traktowano w kategoriach magicznych, przy czym dla odróżnienia jej od magii demonicznej nazywano ją magią naturalną lub dobroczynną. Stało się zatem rzeczą możliwą koncentrowanie się na zjawiskach naturalnych, a jednocześnie traktowanie ich w kategoriach magicznych. Człowieka uważano bowiem za odbicie kosmosu i panowało przekonanie, że badając człowieka można poznać wszechświat, a badając wszechświat - poznać człowieka. Magia stała się zatem swoistą filozofią, dzięki której zrodziły się astrologia, alchemia, krystalomancja.

Astrologia na podstawie wzajemnej pozycji Słońca, Księżyca i planet określała symbole energii, które charakteryzować miały najważniejsze procesy życiowe każdego człowieka. Kosmogram astrologiczny wskazywał jednak nie tylko na czas, w którym najpełniej realizować się mogły ludzkie zamierzenia, ale sprzyjał także poznaniu przyszłości.

Podstawowym zadaniem alchemii stało się odnalezienie kamienia filozoficznego, który każdy metal miał zamieniać w złoto, leczyć choroby, przywracać młodość, ożywiać zmarłych i zapewniać panowanie nad światem duchów.

Kontakty ze zmarłymi umożliwiać miały krystalomancja i katoptromancja, które do tego celu posługiwały się kryształami i lustrami. Wierzono, iż lustro posiada zdolność porywania duszy człowieka i dlatego też w pomieszczeniu, w którym znajdowały się zwłoki nieboszczyka, należało je zasłaniać lub odwracać do ściany. Za jego pośrednictwem zmarły mógł bowiem porwać dusze ludzi żyjących, albo też lustro mogło na zawsze zatrzymać duszę zmarłego. Zwierciadło uważano za przedmiot mądry, który zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a także posiada wiedzę o zdarzeniach rozgrywających się daleko. Do lustra zwracano się z pyta- niami i prośbami. Odpowiedzi udzielić jednak mogło wyłącznie tak zwane lustro Salomona, wykonane z siedmiu różnych kruszców. Trzy tego rodzaju lustra tworzyły jedną całość. Pierwsze objawiać miało to, co na całym świecie mówi się i robi, drugie pouczać o stanie zdrowia, a trzecie ujawniać sprawy tajemne: ukryte skarby, zbrodnie, kradzieże i zdrady.


<== previous lecture | next lecture ==>
Monarsze sekrety 9 page | Monarsze sekrety 11 page
lektsiopedia.org - 2013 год. | Page generation: 1.922 s.